2007/03/05

Libertarianizm w Kaczogrodzie

Komiks pod tytułem Zarobek na BOKu, opublikowany w miesięczniku „Komiks Gigant” (3/1993, s. 209-254) w przystępny sposób wyjaśnia pewne mechanizmy gospodarcze i polityczne. Pokazuje też – na przykładzie miasta, w którym każdy skrawek ziemi ma prywatnego właściciela – niektóre aspekty funkcjonowania społeczeństwa wolnościowego.

Zaczyna się zwyczajnie: „Kaczogród, dzień jak co dzień...” Zakorkowane ulice, walające się wszędzie śmieci, niedokończone roboty drogowe. Strajk części urzędników miejskich uniemożliwia budowę autostrady.

Kaczor Donald też ma kłopoty. „W spożywczym nie chcą mi sprzedawać na kredyt” – skarży się siostrzeńcom. – „A gdy wykłócałem się z ekspedientką, gliniarz wlepił mi mandat – tylko dlatego, że zaparkowałem na torach tramwajowych! Wielkie rzeczy, wszyscy tak robią!”. Donald odmówił zapłacenia mandatu – „Mamy strajk stemplarzy i zanim policja połapie się w tym bałaganie, minie kilka miesięcy! Pieniądze zostaną w mojej kieszeni!”.

(1. Służby państwowe działają nieskutecznie i nie są w stanie wyegzekwować stanowionego przez siebie prawa.

2. Przepisy stanowione przez państwo są powszechnie lekceważone.)

„Jakie pieniądze?” – pyta rezolutnie jeden z siostrzeńców. Faktycznie, wujek Donald jest, jak zwykle, bez grosza przy duszy. Co robić? Donald proponuje, aby udać się po pożyczkę do bogatego krewniaka, Sknerusa McKwacza. Siostrzeńcy mówią, że mogą „jedynie poprosić go o pracę”. Zastanawiają się tylko, czy wuj znajdzie dla nich chwilę, bo zarządza obecnie Wydziałem Finansowym Rady Miejskiej.

Burmistrzowi zależy na tym, aby McKwacz „zapełnił miejską kasę”. Donaldowi w zupełności by wystarczyło, gdyby Sknerus „napełnił jego [Donalda] kieszenie”. Drze więc na strzępy mandat i udaje się do ratusza. W drodze siostrzeńcy próbują przekonać Donalda, że powinien „zatroszczyć się o wspólną własność”, bo w przeciwnym razie grozi nam upadek cywilizacji. „Niech burmistrz się tym zajmie! Ja spełniam swój obowiązek: płacę podatki!” – brzmi riposta.

(3. Ludzie zwykle nie troszczą się o „wspólną własność”, bo nie czują się z nią związani.

4. Człowiek płacący podatki ma tendencję do zrzucania odpowiedzialności za troskę o potrzeby innych na utrzymywanych przez siebie urzędników.)

Parkując pod budynkiem ratusza Donald stwierdza: „Przecież nikt nie przestrzega przepisów, dlaczego mam być jedynym, który postępuje inaczej?”.

(5. Donald nie jest precyzyjny. Są ludzie, którzy przestrzegają, albo przynajmniej starają się skrupulatnie przestrzegać państwowego prawa. Jest to powszechnie kojarzone z „frajerstwem”. Większość łamie – świadomie lub nieświadomie – stanowione przez władze przepisy.)

Tymczasem w ratuszu trwa awantura. Z gabinetu burmistrza wypada wściekły Sknerus i krzyczy: „Chcieliście podnieść podatki! To zdrada racji kwaczanu! Tym bardziej, że tylko ja na tym stracę!”. „Co innego nam pozostało? Kaczogród potrzebuje pieniędzy, by kontynuować wiele inwestycji, a grosza brakuje nawet na najpilniejsze potrzeby!” – tłumaczy burmistrz.

(6. Sknerus myli się, twierdząc, że tylko on straci na podniesieniu podatków. Koszty danin państwowych zawsze ponoszą wszyscy. McKwacz może obawiać się, że podwyżka podatków doprowadzi do podniesienia cen produkowanych przez niego towarów. Konsumenci albo zapłacą więcej, albo zrezygnują z kupowania jego produktów. To może spowodować jego bankructwo.

7. Pierwszy odruch urzędników państwowych, którym brakuje pieniędzy, to propozycja podniesienia podatków.)

„[J]eżeli podniesiecie podatki, wyprowadzę się stąd!” – grozi Sknerus. „Więc skąd mamy wytrzasnąć pieniądze?” – pyta burmistrz. „Weźcie pożyczkę!” – dobiega głos zza kadru. „Co?” „Weźcie pożyczkę, zwrócicie po jakimś czasie! To proste! Robię tak od lat!”. To Donald, który przedstawia się jako „ekspert w sprawach finansowych”, posiadacz „tytułu profesora długologii”. „To niezły pomysł” – konstatuje burmistrz – „Ale kogo poprosić o pożyczkę?”. Jak to kogo? „Kaczogrodzian!”. Jest jeden problem: „z czego zapłacimy odsetki? Miasto nie ma złamanego grosza!”. I tu rozwiązanie wydaje się dziecinnie proste: „Z przyszłych podatków!”.

„Mieszkańcy chętnie zapłacą podatki, jeśli zobaczą, że ich miasto rozkwita... A pan raz na zawsze pozbędzie się kłopotów!” – argumentuje samozwańczy „ekspert”.

[8. Donald proponuje klasyczny system państwowych obligacji. Ich wartość ma się opierać wyłącznie na słowach przedstawicieli Rady Miejskiej – w rzeczywistości są to bowiem papiery bez pokrycia. Sfinansowane z pożyczek inwestycje mają zachęcić kaczogrodzian do płacenia podatków. Gdy nadejdzie termin wykupu obligacji, państwo zwróci wierzycielom pieniądze – zabierając je wcześniej tym samym wierzycielom w formie podatków. Mamy zatem do czynienia z piramidą finansową, skonstruowaną na wzór systemów przymusowych ubezpieczeń. Ich zwolennicy otwarcie mówią, że realizacja zaciągniętych przez państwo zobowiązań musi odbywać się na koszt przyszłych pokoleń. Niektórzy dodają, że system państwowych ubezpieczeń został celowo skonstruowany tak, żeby nie dało się z niego wyjść lub żeby maksymalnie to utrudnić. Donald myśli, że system zadziała jak samonakręcająca się maszynka, która będzie trwała wiecznie („pan raz na zawsze pozbędzie się kłopotów”).]

Sknerus krytykuje to rozwiązanie: „Trzeba inwestować w fabryki, a nie w chodniki! To obłęd... Wznosić miasto na fundamencie długów...”. Burmistrz jest innego zdania: „Kaczogrodzianie z dumą pożyczą pieniędzy, by przyczynić się do budowania wspólnego dobra!”. „A w zamian dostaną... bezwartościowe weksle?” – pyta McKwacz.

Faktycznie. „Ludzie nie lubią weksli!” – martwi się burmistrz. – „Na dodatek musiałbym podpisać miliony tych papierków!”. Donald ma jednak w zanadrzu kolejny pomysł: „Jako pokwitowanie kredytodawcy otrzymają miłe dla oka bony! Bony Oszczędnościowo-Kredytowe, w skrócie BOK! Co pan na to?”. „Ekstra! Zgadzam się!”.

[9. Sknerus krytykuje propozycję Donalda, podając dwa argumenty. Sprzeciw wobec „wznoszenia miasta na fundamecie długów” i emisji „bezwartościowych weksli” jest jak najbardziej w duchu wolnościowym. Uwaga dotycząca sposobu inwestycji („Trzeba inwestować w fabryki, a nie w chodniki!”) to subiektywna opinia McKwacza, która może – ale nie musi – być prawdziwa. Prywatny właściciel mógłby uznać, że bardziej opłaci mu się zainwestować w chodniki niż w fabryki.

10. Donald wcale nie polemizuje ze stwierdzeniem, że BOKi są bezwartościowe. Proponuje tylko ukrycie tego faktu przez nadanie wekslom atrakcyjnej nazwy.]

Rusza machina propagandowa. „To bardzo proste” – tłumaczy telewidzom Donald – „dziś pożyczycie miastu 10 dolarów, a za trzy miesiące oddamy wam 11 dolarów! A jeśli poczekacie rok, dostaniecie 14 dolarów!”. Zebrane pieniądze Rada Miejska przeznaczy na „upiększenie naszego miasta! Kaczogród stanie się perłą naszej planety, a kaczogrodzianie będą szczęśliwsi!”. „I biedniejsi!” – dodaje z przekąsem śledzący transmisję Sknerus. Obawia się, że pożyczone pieniądze zostaną roztrwonione, a prawdziwe kłopoty pojawią się, gdy trzeba będzie zwrócić długi. Siostrzeńcy przekonują: „Dzięki BOKom miasto będzie piękniejsze, mieszkańcy zaczną je kochać, szanować, zmniejszą się koszty utrzymania czystości i porządku, a wkrótce BOKi staną się zbędne!”.

(11. Siostrzeńcy sądzą, że wprowadzenie obligacji opłaci się nie tylko pod względem ekonomicznym, ale uczyni kaczogrodzian bardziej odpowiedzialnymi. Przewidują nawet, że już niedługo BOKi staną się niepotrzebne – mieszkańcy będą tak bardzo szanować miasto, że zmniejszą się wydatki na utrzymanie porządku. Siostrzeńcy nie wyjaśniają, skąd Rada Miasta weźmie pieniądze na spłacenie pożyczki.)

„BOKi to pewna przyszłość dla ciebie i twojej rodziny!” – mówi telewizorem jeden z siostrzeńców. „Czyżby?” – dopytuje się Sknerus, a po chwili dodaje z chytrym uśmieszkiem: „A może jednak...? Tak, kupię BOKi! Powinno się udać!”.

Większość kaczogrodzian, zachęcona atrakcyjnym oprocentowaniem, kupuje obligacje. W krótkim czasie całe miasto opanowuje mania. Zewsząd słychać okrzyki zachwytu: „Ach, te BOKi!”. Zainstalowany nad wejściem do ratusza głośnik oznajmia zgromadzonym tłumom: „Zapraszamy wszystkich mieszkańców Kaczogrodu! BOKi przyniosą szczęście wam i waszemu miastu!”.

Mieszkańcy inwestują w obligacje oszczędności swojego życia, a Rada Miasta natychmiast je wydaje. Wymieniane są ławki, pojawiają się nowe kosze na śmieci. „Rada mądrze wydaje nasze pieniądze!” – cieszą się kaczogrodzianie. Zadowolony jest też wandal: „Nowe książki telefoniczne! Czas najwyższy! Stare spaliłem już rok temu!”. Budka telefoniczna idzie z dymem.

„Drobnostka! Miasto jest teraz bogate! Możemy od ręki ustawić nową budkę!”. No i ustawia.

„Sukces na całej linii!” – cieszy się brodzący po kostki w banknotach burmistrz. – „W kasie miejskiej nigdy nie mieliśmy tyle forsy! Tylko dzisiaj pożyczyliśmy od ludzi kolejne 10 milionów!”. Szał. Euforia. „Zaczęliśmy prace porządkowe! Od lat nie mogliśmy sobie na to pozwolić!”. „Trzeba to rozreklamować” – entuzjazmuje się Donald.

Machina propagandowa kręci się coraz szybciej. W parku miejskim nawet drzewa lśnią czystością. „Wiesz co? Kupię następne BOKi”; „Ja też!”.

(12. Entuzjazm towarzyszący pierwszym etapom „przemian” w Kaczogrodzie przypomina ten, który obserwuje się przy okazji demokratycznych wyborów. Najpierw uniesienie, toasty, pełne obietnic przemówienie lidera zwycięskiego ugrupowania, kilkanaście dni życia nadzieją, że „będzie inaczej” i „temu rządowi na pewno się uda”. Chwilę później – zderzenie z przykrymi dla zwolenników istnienia państwa realiami.)

Kolejki mieszkańców ustawiają się przy bankowych okienkach: „Wycofuję wszystkie oszczędności! BOKi przynoszą większy zysk!”. „Ależ skąd!” – prostuje pracownik banku. – „Bank daje panu wyższe oprocentowanie niż BOKi!”. „To zmienia postać rzeczy! Zostawiam pieniądze w banku!”.

Kilka okienek dalej pewien kaczogrodzianin ubiega się o pożyczkę. „BOKi robią nam konkurencję” – wyjaśnia kasjer. – „Musieliśmy zwiększyć oprocentowanie oszczędności, a co za tym idzie, wzrosły także odsetki od kredytów!”. „I ja mam za to płacić?” – oburza się klient. Po chwili nieco się rozchmurza: „Podniosę ceny! Muszę wyjść na swoje!”.

(13. Koszty funkcjonowania państwa zawsze ponoszą wszyscy. Osoby ponoszące teoretycznie większe obciążenia przerzucają całość lub część kosztów na swoich klientów.)

Ceny idą w górę. „Koszt budowy nowego mostu na peryferiach miasta będzie wyższy niż przewidywaliśmy, panie burmistrzu! Nasi kooperanci podwoili ceny!”. „Ładne rzeczy!” – niepokoi się burmistrz. Kaczogrodzianie kupują coraz mniej BOKów, bo banki proponują lepsze oprocentowanie. Burmistrz znajduje się w kropce: „Nie możemy przerwać robót! W grę wchodzi honor miasta i... moja następna kadencja!”. Co robić? „Profesor długologii” Donald zna receptę: „Zwiększyć oprocentowanie BOKów!”. „Tak! Wygramy tę batalię!” – stwierdza pewny siebie burmistrz.

(14. Gdy piramida finansowa zaczyna się chwiać, jedyną metodą ratunku jest składanie coraz bardziej nierealnych obietnic w nadziei, że znajdą się osoby gotowe utrzymywać bankrutującą strukturę jeszcze przez kilka chwil. Donald proponuje właśnie coś takiego – spłacanie długów przez zaciąganie kolejnych, jeszcze wyżej oprocentowanych. Ma nadzieję na to, że znajdzie jeszcze trochę uczestników piramidy, których wkład pozwoli kontynuować eksperyment przez pewien czas.

15. Burmistrz traktuje kwestię BOKów w kategoriach „batalii”, która należy „wygrać”. Pożyczone miastu przez mieszkańców pieniądze zdają się mieć dla niego drugorzędne znaczenie. Burmistrza czeka ciężka walka o „honor” i „następną kadencję”. Trzeba walczyć. Socjalizm zatem bohatersko walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju i wygląda na to, że z czasem walka zaostrzy się.)

Oprocentowanie BOKów idzie w górę. Kaczogrodzianie sięgają do „rezerw strategicznych” i kupują kolejne serie obligacji. Wydaje się, że kryzys został zażegnany.

„Zebraliśmy następne dwanaście miliardów! Możemy zbudować tyle mostów, ile dusza zapragnie!” – cieszy się Donald. „Wasz dług wobec kaczogrodzian wzrósł już do 100 miliardów!” – przypominają siostrzeńcy. Na domiar złego w ratuszu pojawia się reprezentant stemplarzy miejskich, którzy grożą strajkiem, jeśli nie dostaną „podwyżki, którą wynegocjowali przed laty”. Co teraz? „Dajmy im tę podwyżkę” – wyrokuje Donald. – „Chyba nie chce pan drzeć kotów o parę groszy?”. Ucieszony stemplarz wybiega z gabinetu burmistrza. Donald poucza: „Oto, jak należy łagodzić nastroje społeczne!”. Zachęceni sukcesem stemplarzy, kolejni urzędnicy państwowi zgłaszają się po podwyżkę. Donald uspokaja: „Wszyscy otrzymacie dużą podwyżkę! Nikomu nie odmówimy dostępu do pieniędzy, które wypełniają miejską kasę! Wracajcie do pracy i nie martwcie się!”. Usatysfakcjonowani tą obietnicą urzędnicy opuszczają ratusz.

„Przecież dla wszystkich nie wystarczy!” – mówi burmistrz. Donald tłumaczy: „Wystarczy, wystarczy! Jeżeli urzędnicy miejscy dostaną podwyżkę, będą mieli więcej pieniędzy na... zakup BOKów!”.

(16. Darzenie zaufaniem instytucji państwowych jest nieroztropne. Rada Miejska obiecała pewnej grupie pracowników podwyżkę „przed laty”. Nie wywiązała się z danej obietnicy. Na fali entuzjazmu Donald obiecuje wszystkim podwyżki. Żadne racjonalne przesłanki nie wskazują, żeby udało mu się zrealizować tę zapowiedź. Rada Miejska może liczyć jedynie na to, że ci, którym obiecano większe pensje, kupią kolejne obligacje i w ten sposób sami sfinansują podwyżki.

17. Władze państwowe niekiedy ulegają żądaniom pracowników, którzy grożą strajkiem. W ten sposób dają im legitymację do kwestionowania podpisanych wcześniej kontraktów. Jest to typowy przejaw „logiki” socjalistycznej: państwo nie dotrzymuje złożonych obietnic, ale innym też pozwala ich nie dotrzymywać.)

Rada Miejska postanawia zbudować nowy ratusz. „Dwanaście milionów! Czy myśmy trochę nie przesadzili?”. Donald wyjaśnia: „Gdzieżby! Wczoraj mieszkańcy pożyczyli nam 20 milionów! Dzięki nowemu ratuszowi zaufanie do Rady wzrośnie! To bardzo ważne, skoro liczymy na kolejne pożyczki!”.

(18. Często słychać zdanie, że „nowoczesna dzielnica” nie może obyć się bez eleganckiego, wyłożonego marmurem ratusza, który ma podkreślać jej prestiż. Niemal nigdy nie pada pytanie o to, czy każdy ze składających się na budowę nowej siedziby podatników rzeczywiście tego sobie życzy.)

„Ale dług publiczny wynosi już 200 miliardów! Jak go zwrócimy?” – pyta burmistrz. „Zaciągniemy nowe pożyczki! Od lat tak robię!” – tłumaczy Donald. – „Sprzedamy nowe BOKi, żeby wykupić stare! W ten sposób pociągniemy tak dugo, aż rozwiążemy wszystkie problemy”.

Oprocentowanie nowych serii BOKów wzrasta do 22%. Rada Miejska kupuje nowe autobusy. „Dług wzrósł już do 250 miliardów!” – informuje burmistrza księgowy. Jest na to rada: „Wydrukować nowe BOKi!”.

Pracownicy miejscy dostają podwyżki. „Frania! Dostałem [...] 10.000 dolców!” – krzyczy radośnie jeden z nich. „Nie podniecaj się tak!” – studzi entuzjazm męża Frania. – „Aby zyskać pieniądze na spłatę długu, Rada Miejska podniosła czesne w szkołach do 20.000 dolarów rocznie!”. „Ktoś tu udaje głupiego! Zażądam następnej podwyżki!” – decyduje mąż.

(19. W Kaczogrodzie szaleje inflacja. Rada Miejska wciąż nie chce powiedzieć mieszkańcom o tym, że ich pieniądze przepadły. Władze podejmują decyzję, że będą utrzymywały prawdę w tajemnicy jak najdłużej i drukują kolejne sterty bezwartościowych obligacji.)

„Zasiłki dla bezrobotnych zwiększyły dług do 350 miliardów!” – donosi niestrudzenie księgowy.

Siostrzeńcy, którzy zdają sobie sprawę z powagi sytuacji, udają się po radę do Sknerusa. „Dług publiczny wynosi już 545 miliardów dolarów” – alarmują. – „Tylko ty możesz uratować Kaczogród!”. „Głowa do góry!” – uspokaja McKwacz. – „Zajmę się tym i przy okazji dam kaczogrodzianom nauczkę!”.

Niedługo potem Sknerus pojawia się w ratuszu. Przynosi ze sobą obligacje o wartości stu miliardów dolarów i żąda zwrotu pożyczki z odsetkami. „Ale Rada nie ma... chciałem powiedzieć... niech pan przedłuży swojego BOKi! Gwarantujemy...” – bełkocze przerażony burmistrz. „Mam dość świstków! Dajcie mi prawdziwe pieniądze!” – domaga się McKwacz. Burmistrz przyznaje, że Rada Miejska „nie ma takiej forsy”, w związku z czym wierzyciel „musi poczekać”. „Ani myślę!” – ripostuje Sknerus i przedstawia szefa swojej „armii adwokatów”. Prawnik wyjaśnia, że, jeśli władze państwowe nie są w stanie zwrócić w ustalonym terminie zaciągniętej pożyczki, muszą ogłosić bankructwo. „Pańskie pieniądze służą szlachetnej sprawie!” – próbuje przekonywać burmistrz. – „Odnawiamy miasto zdewastowane przez nieodpowiedzialnych mieszkańców... zbudowaliśmy nową obwodnicę...”. „Kosztowała nas dokładnie sto miliardów!” – dodaje Donald. „Więc dajcie mi obwodnicę!” – proponuje Sknerus. – „Powstała za moje pieniądze... a zatem jest moja!”. „Mowy nie ma!” – odpowiada burmistrz, ale „szef armii adwokatów” przypomina o konsekwencjach niedotrzymania umowy. Rada Miasta przekazuje więc obwodnicę Sknerusowi, który zapowiada, że „zajmie się swoją własnością” i „postara się, żeby przynosiła zysk”.

Sknerus zaczyna pobierać opłaty za przejazd. „Teraz obwodnica należy do mnie!” – informuje kierowców.

Wkrótce potem media informują, że Sknerus dostał obwodnicę, „bo Rada nie miała gotówki na wykupienie jego BOKów”. Wieść rozchodzi się szybko. Kaczogrodzianie tłumnie przybywają do ratusza, żądając zwrotu swoich pieniędzy.

(20. Wystarczy, żeby prawda dotycząca jakiejś kwestii ujrzała światło dzienne choć na chwilę, a utrzymywana przez dłuższy czas fikcja prędko upada.)

Burmistrz nie wie, co robić. „Niech mi pan pozwoli działać... Uratuję was!” – proponuje Sknerus. Burmistrz się zgadza. Po chwili Sknerus przemawia z okna ratusza do zgromadzonych: „Wasze pieniądze nie zostały roztrwonione! Dzięki nim stworzono wspólne dobro o wielkiej wartości! A zatem... miasto należy do was! Każdy z was otrzyma tytuł własności pewnej części mienia komunalnego”. I tak się dzieje.

(21. Komiks przedstawia tematykę prywatyzacji w sytuacji niemal idealnej. Na podstawie wartości wykupionych obligacji można stwierdzić, jaka część mienia komunalnego należy się każdemu wierzycielowi.

22. Prawdopodobnie nigdy nie uda się przeprowadzić prywatyzacji i reprywatyzacji w taki sposób, aby wszyscy byli w 100% usatysfakcjonowani. To nie powód żeby z niej rezygnować. Z moralnego i ekonomicznego punktu widzenia lepiej jest, jeśli wszystko ma prywatnych właścicieli.

23. Im dłużej zwleka się z prywatyzacją, tym bardziej narasta dług publiczny. Im prędzej każdy skrawek ziemi i każdy przedmiot będzie miał prywatnego właściciela, tym szybciej wyjdziemy z błędnego koła i zlikwidujemy mechanizm napędzający zadłużenie.)

Kaczogród z dnia na dzień zmienia oblicze. Mieszkańcy troszczą się o swoją własność. Wandale mają utrudnione życie, bo prywatni właściciele skutecznie bronią swego mienia.

„Ulice nigdy nie były takie czyste, a ludzie stali się niezwykle porządni i odpowiedzialni” – cieszą się siostrzeńcy. „Pojęcie własności nie jest już pojęciem abstrakcyjnym! Wandale i chuligani praktycznie zniknęli z ulic!” – mówi burmistrz.

(24. Nawet przedstawiciel państwa zauważył wartość własności i konsekwencje wynikające z powszechnego uwłaszczenia.

25. Prywatni właściciele ulic, parków, ławek i drzew mają interes w zwalczaniu bandytyzmu. Wartość terenu, gdzie nie dokonuje się przestępstw, rośnie.)

I dodaje: „Teraz mieszkańcy chętniej płacą podatki! Wkrótce zgromadzimy dość pieniędzy, by odkupić mienie komunalne...” „...i oddać kaczogrodzianom ich oszczędności!” – kończy Sknerus. – „Ja także wkrótce oddam wam obwodnicę... a zarobione pieniądze zainwestuję w nowe BOKi!”. „Chce pan kupić nowe BOKi?” – dziwi się burmistrz. „Oczywiście! To niezły interes! [...] Zresztą BOKi przynoszą nie tylko materialne zyski! [...] uzdrowiły finanse miasta, ale przede wszystkim przemieniły naszych współmieszkańców w Bardzo Odpowiedzialnych Kaczogrodzian!”.

Zakończenie komiksu wydaje się dziwne. Czy rzeczywiście trzeba dokonać nacjonalizacji i wrócić do nieudanego eksperymentu, polegającego na zarządzaniu miastem przez urzędników państwowych?

Można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że po powrocie do stanu wyjścia historia się powtórzy: Rada Miasta będzie nieudolnie kierować powierzonym sobie mieniem, zaciągnie nowe długi, wypuści kolejne serie obligacji, doprowadzi do gigantycznej inflacji...

Podobny scenariusz, rozpatrywany w skali światowej, przewidywał Tomasz Gabiś, pisząc o wolnościowych koncepcjach Hansa-Hermanna Hoppego: „I żyć będziemy długo i szczęśliwie w manarchii. A potem... potem, po dwustu, trzystu latach wszystko zacznie się od początku: znowu absolutne monarchie, znowu narodowe demokracje, znowu powszechne prawo wyborcze, znowu podatki, wyzysk i ucisk. Aż pojawi się jakiś nowy profesor Hoppe i nowi manarchiści” (Tomasz Gabiś, Hans-Hermann Hoppe o monarchii, demokracji i ładzie naturalnym, „Laissez Faire”, XII 2006, s. 4).

Czy cykliczne przeplatanie się społeczeństw wolnościowych i organizacji państwowych jest nieuniknione?

Tomasz Jefferson powiedział, że „Ceną wolności jest wieczna czujność” („The price of freedom is eternal vigilance”). Nie istnieją żadne nieubłagane prawa dziejowe, które uniemożliwiałyby ludziom stałą troskę o wolność.

Czy mieszkańcy Kaczogrodu osłabią czujność, zgodzą się na odebranie im własności i powrót administracji państwowej?

Nawet jeśli rzeczywiście tak się stanie, to będziemy pamiętali, że choć przez chwilę na mapie świata istniał Kaczogród, którego mieszkańcy cieszyli się wolnością.

_______

„Komiks Gigant”, 3/1993, Zarobek na BOKu, s. 209-254.

2 comments:

Wojciech said...

Dobre :]

Liberalismus said...

Wybitne. :) I pomyśleć, że takie wartościowe treści ukrywane są w komiksach... Może dlatego nauczyciele w reżimowych szkołach tak sceptyczni są wobec nich, odciągając dzieci od ich czytania na rzecz jedynej słusznej literatury z ustalanego przez władze kanonu. I zamiast wolnościowej przypowieści młodzież dostaje jakieś dzieła typu "Opowieść wigilijna".