Showing posts with label dyskusja. Show all posts
Showing posts with label dyskusja. Show all posts

2007/12/24

Tłumaczenie: Stefan Molyneux „Ściągawka dla etatystów”

Mając na uwadze oszczędność czasu, postanowiłem przedstawić w pigułce wszystkie spory, które kiedykolwiek prowadziłem z przeciętnymi etatystami – tak, abym mógł wręczać ten tekst wszystkim, którzy twierdzą, że rząd jest dobrowolny, że jeśli rząd mi się nie podoba, to mogę wyjechać, że podatki to nie przemoc itd.

Pomyślałem, że również tobie może się to przydać, bo życie jest krótkie.

Ja: Powiedz mi, czy uważasz, że przemoc to coś złego?

Etatysta: Tak, przemoc to coś złego – poza samoobroną.

Ja: Zgadzam się – poza samoobroną. Powiedz mi zatem – jak należałoby rozwiązywać problemy, skoro nie powinniśmy używać przemocy?

Etatysta: No cóż, sądzę, że ludzie powinni aktywniej działać w rządzie i że rządy powinny robić ABC, X, Y i Z.

Ja: Ale jak godzisz swój sprzeciw wobec przemocy z poparciem dla programów rządowych? Programy rządowe są opłacane z podatków, które są przymusowe.

Etatysta: Co? O czym ty mówisz? Podatki nie są przymusowe.

Ja: Podatki są przymusowe, bo jeśli ich nie płacisz, zostajesz pod groźbą użycia broni porwany i wpakowany do więzienia. Jeśli próbujesz z niego uciec, zostajesz zastrzelony.

Etatysta: Ale to jest demokracja, gdzie wybieramy nasze własne rządy.

Ja: Dostać do wyboru dwie możliwości wymagające użycia przemocy to nie to samo, co mieć wolność wyboru. Jeżeli właściciel sklepu wybiera, której mafii płaci za „ochronę”, czy naprawdę można twierdzić, że dokonuje „wolnego” wyboru? Jeśli kobieta może dokonać wyboru pomiędzy dwoma kandydatami na męża – ale jednego z nich będzie zmuszona poślubić – czy można powiedzieć, że faktycznie „wybiera” małżeństwo? Ludzie mogą wybierać rząd w sposób wolny tylko wtedy, kiedy mają możliwość nie wybrać rządu.

Etatysta: No ale jest „umowa społeczna”, która wiąże ludzi z ich rządami.

Ja: Nie ma czegoś takiego jak „umowa społeczna”. Podpisywanie umów w cudzym imieniu nie jest uczciwe – chyba że udzielono komuś pełnomocnictwa prawnego. Jeżeli jakiś człowiek ma prawo jednostronnie narzucić drugiemu swoją wolę i nazwać to „umową”, logiczne wydaje się stwierdzenie, że mężczyzna może okraść kobietę i nazwać to „dobroczynnością”.

Etatysta: Ale ja akceptuję umowę społeczną – i ty też, jeśli korzystasz z dróg.

Ja: Po pierwsze, twoja decyzja o honorowaniu umowy nie daje ci prawa, aby zmuszać mnie do jej honorowania. Możesz zdecydować, że kupujesz dom, ale nie jest sprawiedliwe zmuszanie mnie, abym za niego zapłacił. Jeśli sfałszujesz mój podpis, nie jestem związany umową – a nigdy nie zgadzałem się na żadnego rodzaju „umowę społeczną”. Po drugie, to prawda, że korzystam z usług rządowych, ale dla zasadniczego pytania o moralność przemocy to nieistotne. Jeśli niewolnik przyjmuje od swego pana posiłek, czy tym samym zgadza się na niewolnictwo?

Etatysta: Wydaje mi się, że nie. Niemniej jednak – jak dowodził Sokrates – milcząco zgadzasz się na umowę społeczną, nadal mieszkając w danym państwie.

Ja: Czy sprawiedliwe jest, jeżeli sporządzę „umowę społeczną”, która pozwoli mi okradać dowolną osobę z mojej okolicy, i powiem, że – skoro ludzie nadal mieszkają w „mojej” okolicy – najwyraźniej godzą się na moją nową umowę społeczną?

Etatysta: No nie – ale mówimy o rządach, a nie o ludziach...

Ja: A czy rząd nie składa się z ludzi? Czy „rząd” nie jest po prostu określeniem grupy ludzi, którzy przypisują sobie moralne prawo inicjowania przemocy wobec innych – prawo, które uważają za złe, gdyby przyznać je tym, przeciw którym używają przemocy? Jeśli odliczysz wszystkich ludzi, z których składa się „rząd”, czy wciąż masz do czynienia z rządem?

Etatysta: Sądzę, że nie. Ale to dla naszej dyskusji nieistotne. Mówisz, że podatki są przymusowe, ale płaciłem je przez całe życie i nigdy nie celowano mi z broni w głowę.

Ja: Jasne – nie strzela się do więźnia, który nie próbuje uciekać. Jeżeli niewolnik stosuje się do życzeń swego pana ze względu na groźbę użycia przemocy, to ta sytuacja jest całkowicie niemoralna. Czy mafia musi faktycznie doszczętnie spalić twój sklep, abyś przyznał, że grozi ci użyciem przemocy?

Etatysta: Nie. Jednak nie zgadzam się z twierdzeniem, że rząd używa przemocy do pobierania od ludzi podatków.

Ja: W porządku – czy rząd robi jakąś rzecz, z którą się nie zgadzasz? Na przykład: czy zgadzasz się z decyzją o agresji na Irak? [Pytaj, aż trafisz na jakiś program rządowy, który etatysta uważa za odrażający.]

Etatysta: Uważam, że agresja na Irak była moralnie zła.

Ja: Dlaczego tak sądzisz?

Etatysta: Bo Irak w żaden sposób nie zagrażał Stanom Zjednoczonym.

Ja: Racja, więc to jest inicjacja przemocy – nie samoobrona. Zdajesz sobie oczywiście sprawę z tego, że wojna w Iraku jest możliwa tylko dlatego, że płacisz podatki.

Etatysta: Oczywiście, do pewnego stopnia.

Ja: Skoro wojna w Iraku jest moralnie zła, ale jest możliwa tylko dlatego, że płacisz podatki – a podatki nie są pobierane od ciebie przemocą – dobrowolnie finansujesz i umożliwiasz to, co nazywasz złem. Możesz mi to wytłumaczyć?

Etatysta: Płacę podatki, bo jestem obywatelem tego kraju. Jeśli nie zgadzam się z wojną, powinienem kandydować na jakiś urząd i próbować ją zatrzymać.

Ja: No dobrze – gdybyś był przeciw wykorzystywaniu dzieci, czy finansowałbyś dobrowolnie grupę, która zajmowałaby się ich wykorzystywaniem?

Etatysta: Oczywiście, że nie!

Ja: A jeśli faktycznie twierdziłbyś, że jesteś przeciw wykorzystywaniu dzieci i dobrowolnie sponsorowałbyś grupę szczególnie oddaną sprawie wykorzystywania dzieci; i gdybym powiedział, że powinieneś przestać to robić, a ty odpowiedziałbyś, że nie przestaniesz – ale że gdyby ktoś naprawdę sprzeciwiał się tej brutalnej grupie, powinien ją zinfiltrować, przejąć nad nią kontrolę i w jakiś sposób spowodować, aby przestała wykorzystywać dzieci – czy miałoby to jakikolwiek sens?

Etatysta: Raczej nie.

Ja: Jeśli byłbyś przeciwko wojnie w Iraku, ale na ochotnika zgłosił się do uczestnictwa w niej, zgodził się walczyć za darmo i pokrył wszystkie swoje wydatki z własnej kieszeni – czy rozumiesz, że taka postawa byłaby całkowicie niezrozumiała? Twierdziłbyś, że sprzeciwiasz się czemuś – a następnie poświęciłbyś olbrzymie ilości czasu, wysiłku, pieniędzy i środków na wspieranie tego?

Etatysta: Tak, to miałoby mały sens.

Ja: Czy widzisz zatem, że twoje twierdzenie, iż wojna w Iraku to moralne zło, ale finansujesz ją dobrowolnie przez płacenie podatków, nie ma żadnego sensu? Jeżeli wojna w Iraku jest moralnym złem, ale staje się możliwa tylko dzięki twojemu dobrowolnemu finansowaniu, dalsze finansowanie jej to jawne przyznanie, że nie jest ona moralnym złem. Jeśli jesteś zmuszony do finansowania wojny w Iraku, możesz twierdzić, że stanowi ona moralne zło, bo jest inicjacją użycia przemocy. Jednak podatki, które także stanowią inicjację użycia przemocy, także muszą być moralnym złem, bo jesteś zmuszony finansować inicjację przemocy przeciw innym. Zatem albo podatki przymusowe, albo jesteś najgorszego rodzaju hipokrytą moralnym, który dobrowolnie finansuje to, co nazywa złem. Czy to ma sens?

Etatysta: W pełni rozumiem to stanowisko.

Ja: Czy możesz wskazać w nim jakieś błędy logiczne?

Etatysta: Nie, ale i tak sądzę, że się mylisz.

Ja: No cóż, naprawdę się cieszę, że czytasz ten artykuł zamiast dyskutować ze mną bezpośrednio, bo – jak wspomniałem na początku – życie jest o wiele za krótkie, żeby marnować czas na spieranie się z głupcami.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Stefan Molyneux, A Handout For Statists, http://freedomain.blogspot.com/2007/11/handout-for-statists.html

A Handout For Statists opublikowano na stronie http://www.freedomain.blogspot.com/ 21 listopada 2007 r.


2007/09/11

Tłumaczenie: Stefan Molyneux „Zapomnijmy o argumencie z efektywności”

Są trzy główne powody, dla których nie da się przekonać nikogo do wolności, odwołując się do argumentu z efektywności ekonomicznej. Taka efektywność jest zawsze dyskusyjna, nieuchronnie opiera się na niejasnych dla większości ludzi szczegółach technicznych i stanowi jeden z tematów najsilniej poddanych rządowej dezinformacji. W Kanadzie dowodzenie, że wolny rynek będzie oznaczał niższe koszty opieki zdrowotnej, zawsze prowadzi do powołania się na przykład Stanów Zjednoczonych i wysokich cen funkcjonowania tamtejszego systemu. Wykazanie błędności tej statystyki wymaga wskazania na liczne kwestie szczegółowe, o których nasz dyskutant słyszy prawdopodobnie pierwszy raz w życiu, i które łatwo odrzucić. Argumentowanie, że opieka zdrowotna była tańsza, zanim wmieszał się w nią rząd też do niczego nie prowadzi, bo ludzie mogą śmiało powiedzieć, że dawniej technologia była dużo mniej zaawansowana, albo że było mniej starych ludzi, mniej zabiegów przedłużających życie, mniej leków. Argument z efektywności nigdy nie jest rozstrzygający, bo wymaga danych statystycznych, ogromnej ilości wiedzy specjalistycznej, anielskiej cierpliwości – i w dowolnym momencie można go obalić, powołując się na fałszywe lub niekompletne informacje albo na ich brak.

Argument z efektywności wymaga niemal wszechwiedzy. Dowiedzenie, że wolny rynek jest efektywniejszy – i jak każdy z jego pozornych „braków” bierze się z interwencji państwa – wymaga szczegółowej wiedzy w kilkudziesięciu dziedzinach. Wyjaśnienie komuś, dlaczego kryzys energetyczny w Kalifornii wynikał nie z prywatyzacji, ale z kontroli państwa, wymaga co najmniej półgodzinnego wykładu na temat ekonomii, historii i zarządzania. Niezbyt przyjemna perspektywa! A nawet jeśli słuchacz przetrwa aż do sformułowania wniosków, to zapoznał się właśnie z ciekawym wycinkiem historii. Nie będzie potrafił tych faktów ekstrapolować na ogólne zasady ekonomiczne – nawet z czyjąś pomocą – nie mówiąc już o aksjomatach moralnych, dotyczących stosowanej przez państwo przemocy.

Możesz być sprawny w argumentowaniu przeciw ustawodawstwu antymonopolowemu, odnosząc się do branży oprogramowania komputerowego – ale co zrobisz, jeśli twój słuchacz świetnie zna się na sektorze stalowym? Na telekomunikacji? Na bibliotekarstwie? W pewnym momencie twoja wiedza się skończy i będziesz musiał obiecać, że jeszcze się podszkolisz. To dlatego tak wielu zwolenników wolności miota się między książkami, wykładami i stronami internetowymi w poszukiwaniu argumentów – i ryzykują, że staną się śmiertelnie nudni. Takie poszukiwanie nic nie da.

A teraz wyobraź sobie, że jesteś dziewiętnastowiecznym abolicjonistą, argumentującym przeciw niewolnictwu. Mówisz, że niewolnicy powinni zostać uwolnieni i opierasz swoje twierdzenie na argumencie z efektywności ekonomicznej. Wśród kontrargumentów, które musisz obalić, znajdują się między innymi takie:

Jak, u licha, uwolnieni niewolnicy znajdą pracę, skoro gospodarka ma się tak źle?
Niewolników nie da się kształcić – dlatego są niewolnikami!
Wyzwoleńcy nie mają żadnych umiejętności zawodowych i staną się przestępcami.
Niewolnictwo to jedyny efektywny sposób na prowadzenie gospodarstwa rolniczego.
Niewolnicy nie mają poczucia odpowiedzialności – dawanie im „wolności” byłoby okrutne.
Nie da się prowadzić plantacji bez niewolników.
Niewolnicy nie mają żadnej własności, więc i tak musieliby sprzedawać swoją pracę właścicielowi plantacji – więc na czym polegałaby ich większa wolność?

Jak widzisz, musiałbyś być ekspertem w pół tuzinie dziedzin, żeby odpowiedzieć na tych kilka zaledwie kontrargumentów, które mogliby przywołać twoi dyskutanci. To szybko doprowadziłoby do impasu w debacie – tak jak do impasu doprowadzają wszystkie argumenty za wolnością, które opierają się na efektywności ekonomicznej.

Drugi powód, dla którego to podejście zawodzi, jest taki: ludzie nigdy nie zaakceptują ryzyka nagłej zmiany społecznej dla teoretycznych korzyści ekonomicznych kiedyś w przyszłości. Zwolennicy wolności muszą pamiętać o tym, że, kiedykolwiek mówią o fundamentalnej reorganizacji społeczeństwa, igrają z ogniem. Większość takich „reorganizacji” skutkuje znacznie gorszymi warunkami dla przeciętnego człowieka. Większość ludzi jest przerażona fundamentalną zmianą – i mają ku temu powód. Możliwy wzrost efektywności ekonomicznej nigdy nie będzie dla nich motywacją, aby zaryzykować całym dotychczasowym trybem życia.

Trzeci powód, dla którego argument z efektywności nigdy nie rozstrzygnie dyskusji, jest taki: ludzie tak naprawdę nie przejmują się zbytnio efektywnością ekonomiczną. Dwa proste przykłady. Pierwszy: rodzicielstwo. Jak można dowodzić, że posiadanie dzieci jest ekonomicznie efektywne? Dzieci kosztują, są męczące i zabierają czas – i niewiele korzyści z ich posiadania da się zmierzyć za pomocą statystyk ekonomicznych. Ten przykład mówi o tym, co zazwyczaj motywuje ludzi. Nie efektywność ekonomiczna, ale coś innego.

Drugi przykład: pobór do armii w czasie wojny. Na wezwanie przywódcy ludzie z reguły bez oporów zbierają się tłumnie, aby uczestniczyć w rzezi. Co jest w tym „efektywnego”? Fundamentalna prawda dotycząca ludzkiej natury brzmi: jeżeli ludzie uważają coś za moralne, poniosą niemal każdy ciężar, aby to poprzeć. Kobiety wysyłają swoich synów na wojnę. Żony żegnają się ze swoimi mężami. Dzieci są dumne z morderstw, których dokonują ich ojcowie.

Z władzą państwową jest tak samo jak z wojną. Jeżeli ludzie wierzą, że państwo pomaga biednym, leczy chorych, albo edukuje nieuczonych, poniosą każdy ciężar, aby je poprzeć. Mogą narzekać na wysokość podatków, ale i tak nadal będą wspierali państwo.

Skoro zatem argument z efektywności ekonomicznej nie zdaje egzaminu, co może go zdać? Są jeszcze dwa inne główne podejścia. Omówimy tutaj jedno z nich – argument z niesprzeczności – a drugim zajmiemy się w następnym artykule.

Na czym polega argument z niesprzeczności? No cóż, ludzie uważają, że to moralne, kiedy rząd używa przemocy, aby odebrać bogatym i dać biednym. Skuteczny argument przeciw temu stwierdzeniu to pytanie: „Czy to uniwersalna zasada moralna?”. Jeżeli twój rozmówca twierdzi, że „Tak”, musi się zgodzić, że każdemu wolno używać przemocy. Biedak może obrabować bogatego człowieka, grożąc mu bronią. Każdy, kto posiada mniej niż inna osoba, może tę osobę napaść i zastrzelić, jeśli stawia ona opór. Czy to jest świat, który ludzie uważają za dobry i sprawiedliwy? Oczywiście nie. A zatem twierdzenie, że transfer bogactwa z użyciem przemocy jest właściwy, właśnie zostało obalone. Nie jest już uniwersalną zasadą moralną, ale czymś zupełnie innym.

Argumentacja z niesprzeczności nie wymaga rozbudowanej wiedzy w dziedzinie historii, ekonomii, polityki, czy jakiejkolwiek innej dyscypliny szczegółowej. Co istotniejsze, nie wymaga, aby twój dyskutant znał się na którejkolwiek z tych dziedzin. Wszystko, czego potrzeba, to nieco uprzejmej sokratejskiej wytrwałości.

Oczywiście, spór nigdy się na tym nie kończy. Ludzie przytoczą najrozmaitsze bzdurne argumenty o demokracji, kolektywnych decyzjach i przekazaniu władzy moralnej w ręce państwa – ale wszystkie te argumenty łatwo zbić, jeżeli pamięta się o tym, że państwo to nic innego jak zbiór jednostek. Ponadto kontrakty, które zawiera się dobrowolnie, są moralnie wiążące. Kontrakty, które są wymuszone, wiążące nie są. Mężczyzna, który kupuje samochód, musi za niego zapłacić. Mężczyzna, który kupuje kobiecie samochód bez jej zgody nie ma prawa zmuszać jej, aby za niego zapłaciła. To dlatego scentralizowane i wymuszone „decyzje” demokratyczne są niemoralne.

A jak wygląda to w praktyce? Weźmy prosty przykład: opieka zdrowotna. Większość zwolenników wolności wpada tu w kłopoty, szczególnie usiłując rozwiązać tę kwestię w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych. Argumentacja z niesprzeczności mogłaby wyglądać tak:

– Opieka medyczna musi zostać całkowicie sprywatyzowana.

– Ale kiedy nie zajmuje się nią rząd, jest o wiele drożej. Spójrz na USA!

– Nie wydaje mi się, ale – nawet gdyby tak było – co z tego? Czy mam prawo decydować o tym, ile masz wydawać na opiekę zdrowotną? Być może w wolnym społeczeństwie ludzie zdecydowaliby się wydawać połowę swoich dochodów na opiekę zdrowotną. Powiedziałbyś im, że nie mogą tego robić?

– Ale w Stanach trzydzieści milionów ludzi nie ma ubezpieczenia medycznego.

– To wynik szkodliwych przepisów rządowych, które powodują, że koszt ubezpieczenia wzrasta, a liczba objętych nim świadczeń maleje. Ale powiedzmy, że ubezpieczenie byłoby zupełnie dobrowolne i wielu ludzi nie chciałoby się ubezpieczać. Co z tego? Zmusiłbyś ich, żeby wykupili ubezpieczenie medyczne?

– Ależ ludzie powinni je wykupywać!

– Dlaczego? Kiedy to kosztuje połowę ich dochodu, a oni mają osiemnaście lat, są okazami zdrowia, jeżdżą autobusem, nie uprawiają skydivingu, zawsze przechodzą ulicę na zielonym świetle i tak dalej? Takie osoby prawdopodobnie uważają ubezpieczenie medyczne za bezsens. Wyjdą na tym znacznie lepiej, jeśli zainwestują w edukację, albo odłożą pieniądze, albo po prostu zaryzykują, że zachorują. Ubezpieczenie medyczne to bardzo osobista decyzja. Nie czułbym się dobrze, podejmując ją za kogoś.

– Ale jeśli ten osiemnastolatek zachoruje, musi iść do państwowego szpitala, a to koszt społeczny.

– Faktycznie, teraz tak jest. Ale będzie inaczej, kiedy system opieki zdrowotnej zostanie sprywatyzowany.

– Więc ludzie będą po prostu umierali na ulicach?

– Czy to by ci przeszkadzało? Patrzeć, jak biedni ludzie umierają na ulicy, bo nie mają opieki medycznej?

– Oczywiście!

– Więc pomógłbyś im, prawda?

– Tak, ja pomógłbym, ale...

– I tak samo zrobiliby prawie wszyscy. Te sprawy obchodzą każdego. Sam fakt istnienia i akceptacji dla finansowanej przez państwo służby zdrowia dowodzi, że ludzi interesuje los chorych, których nie stać na samodzielne leczenie. Więc to nie będzie problem. Ale nawet jeśli byłby – powiedzmy, że nikogo nie obchodzi los chorych biedaków i faktycznie umierają oni na ulicach. Jeżeli tak by się stało, dawanie rządowi większej władzy wcale by im nie pomogło, bo tak obojętni ludzie nigdy nie zagłosowaliby na polityków zainteresowanych losem biedaków – a samych polityków biedni też by nie obchodzili, skoro nikogo oni nie obchodzą. A zatem – albo ludzie są zainteresowani losem chorych i biednych i pomogą im bez interwencji rządu, albo nie są zainteresowani – w tym przypadku rząd też chorym i biednym nie pomoże. Cały sens prywatyzacji polega na tym, że nie możemy narzucać naszych własnych preferencji innym ludziom. Jeżeli chciałbyś, żeby każdy miał ubezpieczenie medyczne, uważam, że to wspaniale! Ty powinieneś założyć firmę ubezpieczeniową i wymyślić, jak zrealizować swój cel. Albo wesprzeć kogoś innego, kto do niego dąży. Albo dać pieniądze na cel charytatywny. Albo zostać lekarzem i pracować dwa dni w tygodniu za darmo. Albo płacić większą składkę ubezpieczeniową, żeby inni mogli płacić niższe stawki. Możesz pomóc na tysiące sposobów. Ale rząd nie ma moralnego prawa zmuszać ludzi, aby oddawali pieniądze ubogim albo dostarczali im darmowej opieki medycznej. Jeżeli bowiem moralne jest zmuszanie do dobroczynności, każdy może to robić. Musimy wtedy dać biednym moralne prawo do chwycenia za broń i ograbienia lekarzy oraz szpitali.

Ten argument, rzecz jasna, rzadko rozstrzyga dyskusję. Ale warto zauważyć, że powyższa argumentacja nie odwołuje się do efektywności ekonomicznej wolnego rynku. Jedną z najskuteczniejszych metod dyskusji jest przyjęcie, że założenia twojego adwersarza są prawdziwe, a następnie wykazanie, że prowadzą do absurdalnych wniosków. Twierdzenie, że pewnym ludziom wolno używać przemocy w imieniu innych – poprzez podatki i działalność socjalną – można z łatwością obalić: gdyby wolno było używać przemocy, należałoby zachęcać każdego, żeby to robił. Rząd staje się wtedy niepotrzebny – moralna osoba powinna bezpośrednio zająć się uzbrojeniem biednych i poddać się ich nieuniknionej agresji.

Podsumowując: już czas, aby zwolennicy wolności zaniechali używania argumentu z efektywności ekonomicznej. Wykonaliśmy pouczające ćwiczenie, które pozwoliło udowodnić – przynajmniej nam samym – że wolny rynek naprawdę może dostarczyć dóbr i usług narzucanych obecnie społeczeństwu przez brutalną władzę państwową. Ale ta argumentacja nigdy nie będzie dostatecznie atrakcyjna, aby zmotywować większą grupę ludzi. W trudnym marszu do świata, w którym jest więcej wolności, potrzebujemy silniejszego sztandaru. Argument z niesprzeczności jest dobry na początek – ale naszym prawdziwym sztandarem nie jest ani efektywność, ani niesprzeczność, ale moralność i dobro, które w naturalny sposób motywują do działania serca ludzi kierujących się szlachetnymi pobudkami.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Stefan Molyneux, Forget The Argument From Efficiency, http://freedomain.blogspot.com/2005/11/forget-argument-from-efficiency.html

Forget The Argument From Efficiency opublikowano na stronie http://www.freedomain.blogspot.com/ 28 listopada 2005 r.


2007/08/24

Tłumaczenie: Stefan Molyneux „Hipokryzja zakazu posiadania broni”

Jak pokazała strzelanina w Virginia Tech, kiedykolwiek źli ludzie kierują broń [guns – dosłownie: „broń palną”] w stronę niewłaściwych ludzi, odruchową reakcją jest chęć wprowadzenia zakazu posiadania broni. Jednak w wybuchłej niedawno histerii przeciw posiadaniu broni nie dyskutuje się nad dwoma istotnymi aspektami sprawy.

Większość argumentów dotyczących dostępu do broni opiera się na „argumencie z konsekwencji”, czyli na przekonaniu, że można rozstrzygnąć tę kwestię odwołując się do obserwacji empirycznej. Ogólnie rzecz biorąc, pytanie brzmi tak:

* Czy broń powoduje wzrost przestępczości czy też ją zmniejsza?

Niestety, „argument z konsekwencji” nigdy nie może dać ostatecznej odpowiedzi na żadne pytanie – tak jak na nic nie zda się mierzenie, jak szybko spadają poszczególne przedmioty, gdy nie znamy teorii grawitacji. Kamienie spadają, balony wypełnione helem unoszą się, ale nie posuwa to sprawy naprzód.

Kwestię dostępu do broni można rozstrzygnąć jedynie odwołując się do logicznej teorii moralności i niezaprzeczalnych dowodów. Zastosujmy te dwa środki w praktyce.

Niezaprzeczalne dowody

Jeżeli zapytasz kogoś, czy moralne jest sprzedawać broń ludziom, o których powszechnie wiadomo, że są przestępcami, prawie zawsze usłyszysz w odpowiedzi: „Nie” (a jeśli odpowiedź jest inna, UCIEKAJ!). Jeżeli teoretycznie broni palnej używa się do samoobrony, sprzedawanie jej kryminalistom możemy uznać za dosyć negatywne postępowanie.

Co sądzilibyśmy o człowieku, który zbudował swoją fortunę na sprzedawaniu broni seryjnemu mordercy? Czy powierzylibyśmy mu obowiązek rozbrojenia kraju? A gdyby w dodatku sprzedawał znanym seryjnym mordercom granatniki przeciwpancerne, czołgi i broń chemiczną?

Ale to właśnie robią rządy, sprzedając wartą miliardy dolarów broń despotycznym tyranom na całym świecie – a rząd Stanów Zjednoczonych przewodzi tej grupie zarabiającej na mordowaniu.

Jeżeli zarabianie na sprzedawaniu broni przestępcom jest złe, musimy zlikwidować rząd, a nie dawać mu dodatkowe uprawnienia do rozbrajania nas. Jeżeli sprzedawanie broni komukolwiek – nawet kryminalistom – nie jest niemoralne, kwestia ograniczania dostępu do niej nie istnieje.

Logika

Ogólnie rzecz biorąc, argumentacja za ograniczeniem dostępu do broni sprowadza się do poniższych stwierdzeń:

* Broni używa się do popełniania przestępstw.
* Przestępstwo definiujemy jako zainicjowanie agresji wobec pokojowego obywatela.
* Należy zatem ograniczyć prawo do posiadania broni albo całkowicie jej zakazać – aby zmniejszyć przestępczość.

Łatwo zauważyć nielogiczność tej argumentacji. Co robi rząd, kiedy delegalizuje broń? Inicjuje przemoc wobec tych, którzy posiadają ją „nielegalnie”. Nie ma zatem sposobu, aby zakazać posiadania broni bez zainicjowania przemocy – innymi słowy, musimy popełnić pewne przestępstwo ze względu na to, aby być może zapobiec jakiemuś nieznanemu przestępstwu kiedyś w przyszłości. Równie dobrze moglibyśmy skoczyć w przepaść w wieku dwudziestu lat, aby zapobiec możliwości wpadnięcia w nią, kiedy będziemy mieli lat siedemdziesiąt.

Ważne, aby zrozumieć, że ludzie, którzy kochają władzę państwa, użyją każdego argumentu, żeby ją zwiększyć. Kiedy dyskutujesz na temat dostępności broni – albo jakiejkolwiek innej kwestii moralnej – unikaj „argumentu z konsekwencji” i poświęć wysiłek na określenie pojęć od podstaw. Tylko dzięki podkopywaniu zdołamy wyrwać to drzewo z korzeniami.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Stefan Molyneux, The Hypocrisy of Gun Control, http://freedomain.blogspot.com/2007/04/hypocrisy-of-gun-control.html

The Hypocrisy of Gun Control opublikowano po raz pierwszy 26 kwietnia 2007 r.




2007/08/10

Tłumaczenie: Stefan Molyneux „Zaproszenie do Wolności – Jak uwolnić »Wewnętrznego Libertarianina« w każdym z nas”

Czy kiedykolwiek przydarzyło ci się coś takiego? Rozmawiasz z kimś o wolności i mówisz coś w rodzaju:

– Rząd nie powinien opiekować się biednymi.

Dostajesz taką odpowiedź:

– Tak? Kto w takim razie opiekowałby się biednymi?

– Ależ to proste – odpowiadasz. – Będzie więcej organizacji charytatywnych i szans na znalezienie pracy; każdego obchodzą biedni, bo każdy zadaje to samo pytanie o ich los, a poza tym rząd i tak wcale im nie pomaga itd. itp.

W miarę jak odpowiadasz, osoba słuchająca twoich mądrych uwag zadaje coraz to nowe sceptyczne pytania, aż w końcu musisz udowadniać sens wszystkiego – od standardu złota do kwestii pozbycia się płacy minimalnej...

Pisałem już, jak tego uniknąć, w artykule Forget the Argument From Efficiency, ale chciałbym zaproponować jeszcze inne rozwiązanie problemu, jak bronić wolności w obliczu sceptycyzmu.

Uważam, że Prywatne Agencje Arbitrażowe [Dispute Resolution Organizations (DROs) – dosłownie: Organizacje do Rozwiązywania Sporów] mogłyby zastąpić rząd w podstawowych dziedzinach jego działalności. Ta idea często spotyka się z zarzutem, że PAA po prostu staną się mini-rządami. Pewien rozmówca wysunął taki argument:

– Ale PAA zmusiłyby mnie do noszenia przy sobie dowodu tożsamości [ID card – można tłumaczyć też jako „dowód osobisty”] – dokładnie tak jak rząd!

Wszystkie zwyczajowe odpowiedzi miałem już gotowe, ale spróbowałem innego podejścia. Po prostu odpowiedziałem:

– To świetne postawienie problemu! Spróbujmy odpowiedzieć w ten sposób: jeżeli ty jesteś Prywatną Agencją Arbitrażową i chcesz, żebym został twoim klientem, a ja mówię ci, że nienawidzę dowodów tożsamości, jak mógłbyś rozwiązać mój problem?

Nastąpiła przerwa. Umysł zaczął pracować. – No cóż, może nie musiałbyś nosić ze sobą dowodu tożsamości per se... Moglibyśmy użyć odcisków palców, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Albo skanów siatkówki oka. Albo identyfikacji głosowej.

– A gdybym powiedział, że tych rzeczy też nie znoszę? Albo gdyby były za drogie?

– No nie wiem – odpowiedział mój były przeciwnik. – Myślę, że, gdybyś coś kupował, za dowód tożsamości mogłaby posłużyć karta kredytowa. Albo inna karta płatnicza. Hmm. A może musiałbyś zarejestrować wszystko, co kupujesz, żeby dostać gwarancję, żeby...

Przysięgam – mówił jeszcze bez przerwy przez pięć minut, ze zmarszczoną brwią, z zapałem wymyślając wszystkie sposoby, w które PAA unikają zmuszania klientów do noszenia dowodów tożsamości.

Zapomniał tylko o jednym rozwiązaniu. I nie mogłem się oprzeć...

– Ale powiedz mi, dlaczego Prywatne Agencje Arbitrażowe miałyby w ogóle chcieć, żebyś nosił przy sobie dowód tożsamości?

– Bo to by się im bardziej opłacało.

– Jasne, ale jak spowodowaliby, żeby tobie się to opłacało?

– Hmm?

– Skoro oni chcą, żebyś ty nosił przy sobie dowód tożsamości, jak cię do tego skłonią?

Brew mojego rozmówcy znów się zmarszczyła. Ludziom tak trudno myśleć „bezpaństwowo”...

– Zachęcając mnie?

– Pewnie tak. Jak mogliby to zrobić?

Brew zmarszczyła się jeszcze bardziej. – Może tak jak w kawiarenkach, gdzie za pięć zamówionych kaw dają mi za darmo szóstą? Albo tak jak z milami lotniczymi. Albo tak jak z punktami na stacjach benzynowych. Albo jak w sklepach komputerowych – jak płacisz gotówką, to obniżają trochę cenę...

I znowu mówił przez kolejnych kilka minut. Ale nagle przerwał. – Ale co, jeżeli Prywatnym Agencjom Arbitrażowym nie będzie opłacało się dawać mi rabatów za noszenie dowodu tożsamości?

– Pomyślmy: co ten fakt mówiłby nam o dowodach tożsamości?

– Że... że wcale nie mają takiej wielkiej wartości.

I tu go miałem! Zamiast żebym sam okopywał się na stanowisku obrońcy wolności, wspólnie badaliśmy temat, a mój rozmówca podawał dziesiątki rozwiązań.

I to była świetna zabawa!

Opuściłem go, nie stwierdzając jednego oczywistego faktu, chociaż nie było to łatwe! Oczywisty fakt był taki: spójrz, ile kreatywnego myślenia uwalnia się przy braku państwowego przymusu!

Więc kiedy następnym razem będziesz rozmawiał ze sceptykiem o wolności, spróbujcie zamienić się rolami. Możesz być zdziwiony, jak szybko znajdziecie się po tej samej stronie.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Stefan Molyneux, Inviting Freedom: Releasing Everyone's ‘Inner Libertarian’, http://freedomain.blogspot.com/2006/06/inviting-freedom-releasing-everyones.html

Inviting Freedom: Releasing Everyone's ‘Inner Libertarian’ opublikowano po raz pierwszy 7 czerwca 2006 r.




2007/08/06

Tłumaczenie: Stefan Molyneux „Broń w pokoju (Część 2) – Subordynacja to nie wolność”

Na początek chciałbym podziękować wszystkim, którzy podzielili się ze mną swoimi przemyśleniami na temat mojego ostatniego artykułu Broń w pokoju. Reakcje można podzielić z grubsza na dwie kategorie:

„Świetny artykuł!”

i

„Jesteś wariatem!”

Naturalnie, nie mam zamiaru kłócić się z pierwszą oceną; przyjrzyjmy się zatem zarzutom wysuwanym przez autorów drugiej.

Ogólnie rzecz biorąc, kwestionowano moją poczytalność, bo wielu ludzi uważało, że według mojego poglądu, kiedy ktoś łamie prawo, rząd natychmiast go rozstrzeliwuje. W moim świecie – jak się zdaje – w chwili, gdy nieznacznie przekroczysz na drodze prędkość, kule wystrzelone przez państwowych snajperów rozrywają ci czaszkę.

Oczywiście, wskutek tego Ziemia stałaby się w większej części bezludna. Chciałbym zatem wyjaśnić moje stanowisko dotyczące zależności między łamaniem prawa a agresją ze strony państwa.

Jeżeli nie złożysz zeznania podatkowego, nie zawloką cię od razu przed niesprawiedliwy sąd i nie rozstrzelają po szybkim stalinowskim procesie. To trochę potrwa. ; ) Raczej dostaniesz list – zazwyczaj dosyć uprzejmy – z pytaniem, czy jest jakiś problem. Jeżeli nie odpowiesz na ten list, właściwie nic się nie stanie.

Przynajmniej przez pewien czas.

Jeżeli po raz kolejny nie złożysz zeznania podatkowego, możesz dostać następny list. Albo i nie. Władze podatkowe czasami zostawiają cię w spokoju przez kilka lat, żeby wzmocnić swoje późniejsze oskarżenie, wskazując na to, że rozmyślnie uchylasz się od płacenia podatków.

Jednak w końcu nadejdzie dzień, w którym dostaniesz już nie tak uprzejmy list. W tym liście powiedzą ci, żebyś złożył swoje zeznanie podatkowe albo liczył się z konsekwencjami – te konsekwencje to już na pewno nie będzie kolejny list. Jeżeli nadal nie złożysz zeznania podatkowego, otrzymasz kolejny list, zawierający szczegółowy opis działań, które zostaną przeciw tobie podjęte, jeżeli nie złożysz zeznania bezzwłocznie. Jeżeli wciąż będziesz postępował podobnie jak wcześniej, dostaniesz następny list – zdecydowanie nie-uprzejmy – z datą rozprawy sądowej i spisem kar, które zostaną ci wymierzone, jeśli zostaniesz uznany winnym uchylania się od podatków. Na początku będą to głównie kary finansowe – zaległe podatki, grzywny itd. Jeżeli stawisz się przed sądem, uznają cię za winnego i nałożą wysokie kary finansowe. Jeżeli ich nie zapłacisz albo w ogóle nie pojawisz się w sądzie – wcześniej czy później przyjdzie po ciebie policja, żeby cię aresztować.

Kiedy policja przyjdzie, żeby cię aresztować, będziesz się mocno obawiał działania w samoobronie, mimo że działania policji to po prostu bezprawne najście na dom. Kiedy funkcjonariusze wyłamią drzwi wejściowe, a ty wyciągniesz pistolet, żeby się bronić, z dużym prawdopodobieństwem zostaniesz zastrzelony. Nawet jeśli nie zostaniesz zastrzelony, twój pobyt w więzieniu znacznie się przedłuży, bo nie tylko uchylałeś się od płacenia podatków, ale także groziłeś policjantom.

Jeżeli spróbujesz uciec z policyjnego aresztu – albo (później) z więzienia – z dużym prawdopodobieństwem zostaniesz zastrzelony, a z pewnością dostaniesz surową karę. Jeżeli po zakończeniu odbywania kary wciąż będziesz powstrzymywał się od płacenia podatków, prawdopodobnie spędzisz resztę swojego życia w więzieniu. (Nie musimy wchodzić w okropne szczegóły tego, co dzieje się w więzieniu – powiedzmy tylko tyle: po spędzeniu tam pierwszej nocy możesz spojrzeć świeżym okiem na sądowe ofiary „wojny z terroryzmem”.)

Fakt, że między złamaniem prawa a poniesieniem surowej kary mogą upłynąć miesiące lub lata – w połączeniu z tym, że większość ludzi jest posłusznych państwu i nie ściąga na siebie takich kar – często wprowadza ludzi w błąd co do prawdziwej natury społeczeństwa, w którym żyją.

Weźmy analogiczny przykład – spójrzmy na instytucję niewolnictwa. Większość niewolników nie próbowała uciekać, ani dokonywać agresji wobec swoich panów. Jeżeli ciężko pracowali i przestrzegali zasad, istniało małe prawdopodobieństwo, że zostaną pobici albo pozbawieni jedzenia (chociaż gwałt to już osobna kwestia). Innymi słowy, niewolnik mógł przeżyć większość swojego życia bez doświadczania bezpośredniej agresji. Czy to znaczy, że niewolnictwo nie było wymuszane przemocą? Oczywiście, że nie! Podporządkowanie się przemocy tylko ją maskuje, ale nie eliminuje.

Weźmy inny przykład. Większość ludzi raczej oddałaby portfel grożącemu im bronią [at gunpoint – dosłownie: „trzymającemu ich na muszce”] napastnikowi niż ryzykowała, że zostanie zastrzelona. W większości napadów nie dochodzi do użycia przemocy – tylko do groźby użycia przemocy. Czy uważamy, że nie mamy do czynienia z przemocą, dopóki ktoś rzeczywiście nie zostanie zastrzelony? Jeżeli podchodzi do ciebie jakiś człowiek i sugeruje, że – jeśli nie zapłacisz mu haraczu za „ochronę” – twój dom w pewnej chwili może zostać spalony, czy nie jest to niemoralne zastraszanie?

Niektórzy czytelnicy poczuli się zdezorientowani uwagami na temat szkół państwowych. Zrozumieli moją argumentację w sprawie wojny w Iraku – nie można mówić, że mam prawo sprzeciwiać się wojnie, jeżeli jestem zmuszony do jej finansowania – ale nie potrafili połączyć tego z kwestią szkół państwowych. Pozwólcie, że wyjaśnię. Jeżeli nie płacisz podatków, które idą na szkoły państwowe, następuje ta sama sekwencja zdarzeń, które rozpoczynają się od listu, a kończą na zastrzeleniu ciebie albo wpakowaniu do raju gwałcicieli, jakim jest państwowe więzienie. Ani jeden aspekt finansowania i działalności państwa nie dzieje się poza obszarem przemocy. Nawet Rezerwa Federalna opiera się na przemocy. Jeżeli spróbujesz robić to, co ona, czyli fałszować pieniądze albo stworzysz własną walutę... No cóż, wiesz, co się wtedy dzieje.

Absolutnie rozumiem, że wielu ludzi czuje się bardzo zaniepokojonych prostą prawdą o wszechogarniającej przemocy państwa – i mają zupełną rację! Z chwilą gdy zrozumiesz tę fundamentalną prawdę, twoje życie bezpowrotnie się zmieni. Nie będzie cię już nęciło, żeby opierać swoje argumenty na nużących i skomplikowanych abstrakcjach. Kiedy będziesz rozmawiał z ludźmi o wolności, przejdziesz do sedna sprawy bardzo szybko. Wywrze to ogromny wpływ na wszystkie relacje w twoim życiu. Szybko odkryjesz prawdziwą naturę moralną ludzi wokół ciebie – to może okazać się dosyć szokujące. Więc absolutnie rozumiem ludzi, którzy wahają się, czy przyjąć prawdę o państwowej przemocy. Rozumiem też, dlaczego wolą przyklejać mi etykietkę „ekstremisty” niż samodzielnie i z innymi zacząć poznawać rzeczywistość państwowej przemocy.

Jest też, oczywiście, empiryczna metoda sprawdzenia, czy „broń w pokoju” rzeczywiście istnieje. Jest naprawdę bardzo prosta, chociaż zdecydowanie jej nie polecam.

Przestań przestrzegać prawa.

Jeżeli masz rację [tzn. jeżeli państwowa przemoc nie istnieje], oszczędzasz olbrzymie ilości czasu i pieniędzy. Jednak jeżeli ja mam rację, możemy cię już nigdy nie zobaczyć – co byłoby prawdziwą tragedią, bo każdy libertarianin jest na wagę złota!

Jeśli jednak wahasz się, czy naruszać prawo państwowe, ważne, abyś zadał sobie pytanie „Dlaczego [się waham]?”. Jeżeli jesteś ze sobą szczery, odkryjesz, tak jak ja, że drżysz ze strachu przed państwową przemocą [guns of the state – dosłownie: „państwową bronią” albo „państwowymi mordercami”], a poniżenie wynikające z faktu, że ktoś przez całe życie wydaje ci rozkazy, jest niemal nie do zniesienia.

Rozwiązanie problemu poniżenia wynikającego z przymusowej subordynacji polega na odrzuceniu państwowej przemocy, a nie wyobrażaniu sobie, że zniknie ona, kiedy się jej podporządkujemy. Nie mamy takiej magicznej mocy. Musimy stanąć w obliczu tej prawdy, że żyjemy pod rządami przemocy. Fakt, że nie zostałeś jeszcze aresztowany, nie oznacza, że jesteś wolny.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Stefan Molyneux, The Gun in the Room Part 2: Compliance is not Freedom, http://freedomain.blogspot.com/2006/11/gun-in-room-part-2-part-1-below.html

The Gun in the Room Part 2: Compliance is not Freedom opublikowano po raz pierwszy 21 listopada 2006 r.

Tłumaczenie pierwszej części The Gun in the Room można przeczytać tutaj:
http://luke7777777.blogspot.com/2007/08/tumaczenie-stefan-molyneux-bro-w-pokoju.html





2007/08/05

Tłumaczenie: Stefan Molyneux „Broń w pokoju”

„Odłóż broń, to porozmawiamy.”

Jednym z najtrudniejszych – i najbardziej koniecznych – wyzwań, przed jakimi stają libertarianie jest ciągła potrzeba wskazywania na „broń w pokoju”. W debatach politycznych może być ciężko przebić się przez niekończące się puste, abstrakcyjne stwierdzenia, które mają ukryć podstawowy fakt: rząd używa broni, aby zmusić ludzi do robienia tego, czego nie chcą robić i powstrzymać ich od robienia tego, co robić chcą. Kiedy słucham nie-libertarian, często żałuję, że nie mam „parasola chroniącego przed eufemizmami”, aby zabezpieczyć się przed nieustającą obłudną mżawką słów i zwrotów służących do zakamuflowania prozaicznej prawdy o stosowanej przez państwo przemocy. Bez przerwy słyszymy nonsensy na temat „dobra społecznego”, „redystrybucji dochodu”, „wykształcenia dzieci” i tak dalej – niekończące się próby ukrycia nagiej lufy państwowej broni w górze przesłodzonych metafor.

Ciągłe przypominanie ludziom, że państwo to nic innego jak instytucja oparta na przemocy, to nużące, ale konieczne zadanie. Gdy ktoś mówi o „państwie opiekuńczym, które pomaga biednym”, musimy wskazać na broń w pokoju. Gdy ktoś sprzeciwia się dekryminalizacji marihuany, musimy wskazać na broń w pokoju. Gdy ktoś wspiera redukcję podatków, musimy wskazać na broń w pokoju – nawet jeśli jedną z kul wyjęto z magazynka.

Tak wielka część języka politycznego została stworzona dla ukrycia prostej rzeczywistości państwowej przemocy, że libertarianie muszą czasem brzmieć jak zdarta płyta. Musimy jednak bez ustanku obnażać fałsz tych eufemizmów, aby ujawnić powszechnie usankcjonowaną brutalność stojącą u podstaw niektórych najsilniej zakorzenionych instytucji społecznych.

Uczestniczyłem niedawno wraz z pewną kobietą w debacie na temat szkół państwowych. Naturalnie, zaczęła podawać jeden za drugim powody, dla których szkoły państwowe są pożyteczne, jak wspaniałe dla ubogich dzieci, jak istotne dla stabilności społecznej itd., itp. O każdym z tych stwierdzeń – i o wielu innych – moglibyśmy dyskutować godzinami; każde z nich wymagałoby też szerokich badań i skomplikowanej analizy filozoficznej. Ale tak naprawdę nie potrzebowaliśmy żadnej z tych rzeczy – wszystko, co musiałem robić, to niestrudzenie powtarzać:

„Nie chodzi o to, czy szkoły państwowe są dobre czy złe, ale o to, czy wolno mi nie zgodzić się z tobą i nie zostać za to rozstrzelanym.”

Debaty polityczne w większości naprawdę tak proste. Ludzie nie używają przemocy, kiedy dyskutują na temat tego, która restauracja jest najlepsza, ponieważ rząd nie narzuca wszystkim jednego tylko lokalu – i nie rozstrzeliwuje tych, którzy otwierają konkurencyjne restauracje. Prawda jest taka, że absolutnie nie obchodziły mnie poglądy tej kobiety na kwestię edukacji – tak jak jej absolutnie nie obchodziły moje – ale musieliśmy debatować, ponieważ nie wolno nam posiadać odmiennych poglądów bez ryzyka, że jedno z nas zostanie rozstrzelane. To była istota sprawy i jak długo nie uznaliśmy tego faktu, tak długo nasza dyskusja nie prowadziła do niczego.

Oto inny przykład. Słuchacz mojego Freedomain Radio zamieścił na forum dyskusyjnym komentarz następującej treści:

„Jeżeli mówisz, że »Rząd A nie działa«, to tak naprawdę mówisz, że widzisz jakiegoś rodzaju braki we współdziałaniu jednostek w społeczeństwie. Wiele wątków na tym forum odnosi się do prawdziwej dyskusji. Wszystkie kontrargumenty tego wątku skupiają się na temacie rząd kontra społeczeństwo wolnorynkowe. Zasady definiujące, czym jest wolny rynek uzgadnia się poprzez współdziałanie na pewnym poziomie – tak jak rząd. Nie próbuj udowadniać, że rząd używa broni, aby ludzi do czegoś zmuszać – w rzeczywistości robią to jednostki dysponujące bronią. Zamiast tego pokaż, jak twoje rozwiązanie pozwoli doprowadzić do zmniejszenia ilości broni, za pomocą której przymusza się ludzi do czegoś, albo jak ta broń mogłaby przymusić ludzi do czegoś lepszego.”

Odpowiedziałem tak:

„Jeżeli mówisz, że »gwałt nie działa«, to tak naprawdę mówisz, że widzisz jakiegoś rodzaju braki we współdziałaniu jednostek w społeczeństwie. Wiele wątków na tym forum odnosi się do prawdziwej dyskusji. Wszystkie kontrargumenty tego wątku skupiają się na temacie gwałt kontra randka. Zasady definiujące, czym jest randka uzgadnia się poprzez współdziałanie na pewnym poziomie – tak jak gwałt. Nie próbuj udowadniać, że grupa gwałcicieli gwałci ludzi – w rzeczywistości robią to pojedynczy gwałciciele. Zamiast tego pokaż, jak twoje rozwiązanie pozwoli doprowadzić do zmniejszenia liczby gwałcicieli, którzy przymuszają ludzi do czegoś, albo jak ci gwałciciele mogliby przymusić ludzi do czegoś lepszego.

Rozumiesz, dlaczego jestem zdezorientowany?

Dzięki!”

Fakt, że te eufemizmy istnieją, to bardzo dobry znak dla przyszłości społeczeństwa. Prawdę mówiąc, nie wierzyłbym w moralną wyższość społeczeństwa bezpaństwowego, gdyby te eufemizmy nie istniały! Gdyby ludzie – za każdym razem, kiedy wskazuję, że ich poglądy polityczne wymagają, abym został rozstrzelany lub aresztowany – po prostu odwarkiwali: „Jasne, wcale mi to nie przeszkadza – tak właściwie, jak dalej będziesz się ze mną spierał, to sam cię zastrzelę!” – wtedy byłoby mi bardzo trudno argumentować za społeczeństwem bezpaństwowym!

Jednak przez ponad dwadzieścia lat rozmów na te tematy nie spotkałem nikogo, kto chciałby mnie zastrzelić osobiście albo żeby ktoś inny mnie zastrzelił. To bardzo pocieszający fakt, który wyraźnie udowadnia, dlaczego eufemizmy są tak istotne dla utrzymywania i zwiększania władzy państwowej.

Powód, dla którego eufemizmów nieustannie używa się dla zakamuflowania „broni w pokoju”, jest prosty: ludzie nie przepadają zbytnio za przemocą. Większość ludzi zrobi prawie wszystko, żeby uniknąć przemocy. Nawet najbardziej krwiożerczemu zwolennikowi napaści na Irak trudno byłoby uzasadnić twierdzenie, że każdy, kto sprzeciwia się inwazji, powinien zostać rozstrzelany – bo podobno właśnie dla obrony takich swobód mieliśmy najechać ten kraj! Ale jak mogę mieć prawo do sprzeciwu wobec inwazji na Irak, skoro jestem zmuszony finansować ją przez płacenie podatków? To oczywisty absurd – tak jak twierdzenie, że człowiek ma prawo do wolności wypowiedzi, ale będzie aresztowany, jeśli powie to, co myśli. Jeżeli mam prawo sprzeciwiać się inwazji, mam też naturalnie prawo nie być zmuszanym do jej finansowania. Jeżeli jestem zmuszony do jej finansowania, moje prawo do „sprzeciwu” tak naprawdę nie istnieje.

W istocie zatem wszystkie libertariańskie argumenty sprowadzają się do jednego, prostego stwierdzenia:

„Odłóż broń, to porozmawiamy.”

To podstawa moralności zarówno libertarianizmu, jak i cywilizacji. Cywilizowani ludzie nie strzelają do siebie, kiedy się nie zgadzają. Uczciwi ludzie nie wymachują sobie przed twarzą bronią i nie domagają się posłuszeństwa albo krwi. Przywódcy polityczni doskonale zdają sobie z tego sprawę – powiedziałbym, że nawet lepiej niż wielu libertarian – więc nieustannie ukrywają przemoc w swoich działaniach i przepisach za pokrętnymi eufemizmami. Żołnierze nie są mordowani – oni „polegli”. Irak nie został najechany, ale „wyzwolony”. Politycy nie są naszymi politycznymi władcami, ale „urzędnikami publicznymi” [civil servants – dosłownie: „sługami obywateli”] i tak dalej.

Chociaż libertarianizm powszechnie uważa się za doktrynę radykalną, głównym zadaniem libertarianina jest nieustannie podkreślanie podstawowej prawdy: prawie każdy już jest libertarianinem. Jeżeli będziemy po prostu pytać ludzi, czy są gotowi do rozstrzeliwania innych, aby zmusić ich do czegoś, szybko możemy ich przekonać, że libertarianizm to nie abstrakcyjna, radykalna czy marginalna filozofia, ale prosty opis zasad, którymi już kierują się w swoim życiu. Jeżeli zostaniesz zwolniony z pracy – czy sądzisz, że powinieneś wziąć dyrektora na zakładnika i nie wypuszczać go, dopóki nie zwróci ci posady? Nie? Zatem już masz libertariański pogląd na związki zawodowe, cła i dotacje dla korporacji. Jeśli natknąłbyś się w piwnicy na twojego nastoletniego syna, palącego marihuanę, zastrzeliłbyś go? Nie? Zatem już masz libertariański pogląd na prawo narkotykowe. Czy tych, którzy sprzeciwiają się wojnie, należałoby rozstrzelać za ich poglądy? Nie? Zatem już masz libertariański pogląd na temat podatków.

Największa siła libertarianizmu, podobnie jak metody naukowej, leży w jego bezkompromisowej prostocie. Egzekwowanie praw własności prowadzi do ogromnie złożonej gospodarki, ale moralność praw własności jest bardzo prosta – czy zastrzeliłbyś człowieka, aby ukraść mu jego własność? To sama złożona rzeczywistość powstaje wskutek prostego i uniwersalnego zastosowania zasady nieagresji. Tak łatwo zagubić się w tych złożonych aspektach i zapomnieć o podstawowych zasadach.

Dajmy więc spokój niezrozumiałym dla większości szczegółom. Zapomijmy o historii Fedu i płacy minimalnej. Po prostu nieustannie i niestrudzenie wskazujmy na broń w pokoju, aż w końcu świat otrząśnie się i odrzuci ją od siebie z przerażeniem i obrzydzeniem.

_______

Tłumaczenie na podstawie:
Stefan Molyneux, The Gun in the Room, http://freedomain.blogspot.com/2006/11/gun-in-room.html

The Gun in the Room opublikowano po raz pierwszy 14 listopada 2006 r.